Publikowanie zdjęć dzieci w sieci to temat banalny, ale i drażliwy. Ktoś powie: a kto tego nie robi? Szkoda czasu na pisanie o tym. I tak już robi się wokół tego tematu niepotrzebny szum. Czy na pewno warto taki temat ignorować? Dwoje blogerów uzasadnia, dlaczego nie publikuje zdjęć swoich dzieci, a my uczulamy –  zachowajmy rozsądek, dbajmy o naszą prywatność i bezpieczeństwo.
 
Temat podsuwa mi samo życie i... blogerzy. Bacznie przyglądam się nowym mediom i serwisom społecznościowym. To jak zbliżają nas do siebie, ale i oddalają. Sam jestem ich użytkownikiem. Przyglądam się temu, co robią moi znajomi. W takich miejscach bardzo chętnie dzielą się swoją prywatnością z innymi. Upubliczniają treści w nadziei, że ktoś je zobaczy, polubi, podejmie rozmowę, czyli zaangażuje się. Oczywiście, nie ma w tym nic złego. Jakiś psycholog uzasadni to tym, że to normalne, bo przenosimy zachowania ze świata realnego do wirtualnego. Niestety, gorzej, gdy wykorzystujemy wizerunek dzieci do kreowania własnej osoby, do wzbudzania sztucznego zainteresowania. Żonglujemy prywatnymi zdjęciami, co przypomina trochę taki „soft-narcyzm”. Cena za chwilowe zainteresowanie może być wysoka. Działamy pod wpływem impulsu nie myśląc o konsekwencjach swoich czynów. Działamy „tu i teraz” nie bacząc na to, co może się wydarzyć w przyszłości. Nie potrafimy wyznaczyć sobie jasnych granic. Są jednak tacy, którzy to zrobili. Kto? Dlaczego?
 
Ona nie publikuje zdjęć dzieci
 
Blogosfera parentingowa – tam wiele „się dzieję”. Odnoszę wrażenie, że to jeden wielki targ próżności. Nie traktujcie jednak tego, jako zarzut. W maju, w odstępie kilku dni, opublikowano dwa wpisy, które zwróciły moją uwagę. Traktują właśnie o kwestii publikowania zdjęć dzieci w sieci. W jednym z nich młoda stażem blogerka (prowadzi bloga od stycznia 2013 r.), ale doświadczona już mama – Nishka (pełny wpis na ten temat dostępny tutaj), uzasadnia, dlaczego „zamyka swoje dzieci w piwnicy kontentu”. Wychowuje dwie córki w wieku 8 i 13 lat. Nie poznamy on-line ich pełnego wizerunku oraz imion. Blogerka zdaje się na naszą wyobraźnię. Przekonuje, że „ładne i urokliwe z nich dziewczęta”. Uchyla drzwi do świata swoich dzieci, ale tylko i wyłącznie... słowem. O tym jest ten blog. Skąd taka decyzja? Dzieci zawsze traktowała po partnersku dając im szanse wyrażania własnych emocji. Córki zabierają głos wyrażając własne zdanie, spierają się i negocjują. Jak mówi Nishka w wywiadzie dla Polskiego Radia Białystok: „są w pełne świadome swoich praw, wyraźnie mi powiedziały, że one sobie nie życzą publikacji swoich zdjęć, i ja to uszanowałam”. Dała im możliwość samodecydowania o ich własnym wizerunku: „Mamo, zgoda, możesz nas cytować. Ale nie możesz publikować naszych zdjęć – rzekła starsza córka, a w ślad za nią poszła młodsza”, wspomina na swoim blogu autorka. Powiedzmy sobie szczerze, taka postawa, to wciąż rzadkość... Nishka nie ma oporów wyrażać swoje zdanie na ten temat. Mówi wprost: nie krytykuje blogerów publikujących zdjęcia. Sama kiedyś też tak robiła. Gdy przyszedł odpowiednio wcześnie moment na cyfrowe „katharsis” - zdjęcia usunęła.
 
On pisze w 7. punktach „dlaczego nie”
 
Po męskiej stronie internetowej blogosfery także odnajdziemy głos sprzeciwu wobec społecznościowego obdzierania się z prywatności. Bloger Taataa (pełny wpis na ten temat dostępny tutaj), rocznik '78, humanista, pracuje w budżetówce. Jak pisze na swoim blogu: „7 maja 2013 urodził się nasz ukochany synek, co zmieniło radykalnie nasze (moje i żony) życie”. Bloger piszę oszczędnie, zwięźle, nie bawi się w doktorskie elaboraty na ten temat. Podaje siedem powodów, dla których nie umieszcza zdjęć dziecka na Facebooku, blogu i w innych społecznościówkach. Jakie są jego argumenty? Dotyka sfery relacji międzyludzkich, bo wie, że ograniczona jest człowiecza (znajomych) cierpliwość na terroryzm dziecięcych „słit foci”, a nie wszyscy internetowi znajomi to Twoi przyjaciele. Za „mega wiochę” uznaje publikowanie zdjęć USG i pyta: czy takim kosztem chcesz budować zainteresowanie swoją osobą? W siódmym, ostatnim punkcie swojego blogerskiego „dekalogu” prywatności mądrze pisze: „Prawdziwi przyjaciele odwiedzą Cie albo poproszą o zdjęcia, które możesz wysłać mailem bądź mmsem”.
 
Pomyśl, zanim wrzucisz”
 
To przewodnie hasło kampanii społecznej Fundacji Dzieci Niczyje. Skąd pomysł na taką kampanię? Czy to efekt radosnej twórczości pracowników fundacji? Inspiracje jak zwykle podsuwa życie. Problem nie jest wyssany z palca. Według badań Fundacji 1/4 rodziców publikuje w internecie zdjęcia swoich dzieci nago lub bieliźnie! Pomysłodawcy chcieli poruszyć naszą wyobraźnię i uzmysłowić nam, co grozi, gdy bezmyślnie będziemy publikować zdjęcia swoich dzieci w serwisach społecznościowych. A co sami internauci sądzą na ten temat? Wystarczy przytoczyć kilka komentarzy z internetu: „Na Facebooku pełno takich fotek”, „Edukujemy dzieci na temat zachowań w internecie, a może faktycznie zacząć od rodziców?”, "Sami karmią pedofilów”. Mocno, dosadnie, bez ogródek.

     

Efektem kampanii było opublikowanie bardzo cennego poradnika (do pobrania tutaj), który wspiera rodziców w ochronie wizerunku dzieci w internecie. Pamiętajmy, to tylko poradnik! Nie wyręcza on dorosłych z konieczności myślenia. Opisuje, krok po kroku, jak konfigurować ustawienia prywatności w takich portalach jak Facebook, Instagram czy albumie zdjęć on-line Picassa. O zasadności prowadzenia takiej kampanii pisała także u siebie Wioletta Galla, czyli blogerka „Mama Bloguje”.
 
Czy to coś zmieni?
 
Pisząc ten tekst zastanawiałem się, czy to nie kolejny głos w temacie, który gdzieś rozpłynie się w internetowej blogosferze. Być może tak. Być może po lekturze tego wpisu zamkniesz - Drogi Czytelniku - okno przeglądarki, a podczas najbliższego weekendu lub wakacji chwycisz za aparat, smartfona, zrobisz zdjęcie i opublikujesz go w sieci: „Pierwsza kąpiel Kasi”, „Wspólne plażowanie”, „Mój uroczy słodki szkrab”. Wielu rodziców nie daje szansy swoim dzieciom na samodecydowanie o ich wizerunku. Ale skoro blogerzy parentingowi o tym piszą, to chyba coś jest na rzeczy.
Postawę Nishki i blogera Taataa, choć może komuś się nie podobać, należy uszanować. To zachowanie na przekór „trendom”. Bo często dzieci jeszcze nie wyrośnięte z pieluch mają już własny profil w social mediach. Podbiją serca „fanów”. Rodzice upubliczniają w nadmiarze wizerunek swoich dzieci, chyba w myśl zasady mówiącej, że „dzieci i ryby głosu nie mają”.  I przyciągają uwagę tych, którzy z takimi zdjęciami mogą zrobić co im się podoba... To jeden z tych tematów, który omawiany był podczas marcowej konferencji Social Media Day Poland: Kids! na której byliśmy. Pisaliśmy o tym tu.
 
 
 
 
Jak Wy traktujecie to zagadnienie? Czy macie opory przed wrzucaniem zdjęć do sieci? Czy uważacie, że dzieci w przyszłości mogą się wstydzić tego, jakie zdjęcia wrzucaliśmy do internetu my, dorośli? A może uważacie, że publikowanie zdjęć dzieci to temat tak naturalny, że nie wart uwagi?